poniedziałek, 14 lipca 2014

Chapter 3

 -Może cię podrzucić, Veronico? -odwróciłam głowę i ujrzałam pana Khana, jednego z moich nauczycieli, którego ojciec jest "przyjacielem rodziny".
 -Nie, dziękuję. Przejdę się -odparłam uprzejmie. -Nie chcę robić panu kłopotu.
 -Ależ to żaden kłopot -zapewnił mnie. -Poza tym właśnie się do was wybieram. Ojciec poprosił mnie, abym zabrał papiery, które przypadkowo zostawił w waszym domu -dodał.
 -No dobrze -zgodziłam się.
Przecież to nie obcy facet, tylko znajomy mamy i jej męża.
 -Dziękuję panu -rzuciłam, zajmując miejsce pasażera.
Historyk odpalił samochód i opuścił szkolny parking.
 -Gratuluję wygranej w konkursie.
 -Och, dziękuję -bąknęłam.
Nie znosiłam, gdy ktoś mnie chwalił lub komplementował. Czułam się wtedy taka... zauważalna i odkryta.
 -Jak ci idzie w szkole? -zagadnął po raz kolejny.
 -W porządku.
 -Wspaniale.
Z każdą chwilą coraz bardziej żałowałam, że jednak zgodziłam się wsiąść. Nie miałam o czym z tym człowiekiem rozmawiać, a cisza, która właśnie zapadła na pewno nie miała nic wspólnego ze swobodą.
 -Na śmierć zapomniałem! -zawołał pan Khan. -Nie będziesz miała nic przeciwko, jeśli wstąpimy po drodze do mojego mieszkania? Zostawiłem pewne dokumenty.
 -Proszę się nie fatygować -odparłam pospiesznie. -Może mnie pan tu wysadzić. Przejdę się.
 -To byłoby bardzo niegrzeczne z mojej strony. To zajmie tylko chwilę.
 -No...dobrze.
Khan skręcił w jakąś boczną uliczkę, a ja wyglądałam przez okno dochodząc do wniosku, że gdybym poszła piechotą, to byłabym już w domu. Ponadto zmierzchało, ponieważ dochodziła pąta wieczór, a wiadomo, że w grudniu dni są krótkie.
 -Już niedaleko.
Nie miałam pojęcia gdzie jesteśmy, nigdy nie byłam w tej części miasta, a mrok jakoś specjalnie nie pomagał mi w rozeznaniu. Nagle nauczyciel zahamował gwałtownie i gdyby nie pasy bezpieczeństwa, zaryłabym czołem w przednią szybę. Spojrzałam na mężczyznę, a wyraz jego twarzy mnie przeraził.
 -Jesteś taka śliczna. -Dotknął mojego kolana. Po moim organizmie rozpłynęła się panika. Czułam ją w każdej pojedynczej cząsteczce ciała. Strzepnęłam jego rękę i jak najszybciej wysiadłam. Zaczęłam biec przed siebie, nie znając celu ucieczki. Słyszałam za sobą jego kroki, to jak mnie wołał. Moja kondycja wynosiła poziom zerowy, chwilę później zwolniłam ledwo łapiąc oddech. Nie miałam szans. Złapał mnie i wepchnął w jakiś zaułek. Przycisnął mnie do ściany szepcząc:
 -Taka niewinna.
Jego oddech owiał moją twarz.
-Pragnę cię. -Zaczął całować moją szyję.
Szarpnęłam się i uderzyłam napastnika w ramię. Jego uścisk stał się nieco lżejszy. Ale to było za mało, abym mogła uciec. Zamiast tego walnął mnie w twarz. Nie otwartą dłonią, tylko pięścią. Policzek zapiekł mnie strasznie. Nie poprzestał na tym. Zadał następny cios. I kolejny, i kolejny.  Zaczął mną trząść i raz po raz uderzałam głową o zimną powierzchnię ściany jakiegoś obskurnego budynku. Najgorszy ból poczułam w łydce. Kiedy nieprzytomnie popatrzyłam w dół, zauważyłam, że kość przebiła skórę. Ale on nadal nie przestawał. Zdzierał ze mnie ubrania, mówiąc mi obrzydliwe rzeczy. Jego ręce i usta były wszędzie. Krzyczałam. Krzyczałam i płakałam najgłośniej jak mogłam.

Trzymał mnie. Znowu położył na mnie swoje ohydne łapy. Zaczęłam się wyrywać, a łzy znaczyły moje policzki.

 -Uspokój się! Hej, nic ci nie zrobię! -Głos dobiegł moich uszu jakby z daleka.
Otworzyłam oczy i zdałam sobie sprawę, że to nie z Khanem się szarpię, a z jakimś nieznajomym chłopakiem. Właściwie to nie był nieznajomy, tylko Zayn Malik. Jeden z tutejszych "gangsterów" od Stylesa. A ich wszyscy znają.
Czarnowłosy pochylał się nade mną trzymając mnie za ramiona. Rozejrzałam się po pomieszczeniu, w którym się znajdowaliśmy i okazało się, że to gabinet pielęgniarki.
O Boże. Wspomnienie. To było tylko wspomnienie.
 -Co się stało? -spytałam, kiedy mnie puścił.
Natychmiast zaczęłam wycierać oczy. Było mi wstyd.
 -Zemdlałaś na historii -odparł, siadając na skraju kozetki.
Historia. To znaczy, że... Khan. On tu jest. Czyli nie wszystko było złudzeniem...
 -No i się uderzyłaś. Masz rozcięte czoło -dodał, wskazując mi palcem miejsce rany. -Czujesz się lepiej?
 -Ja... -Wzięłam głęboki oddech i podniosłam się. -Tak. Chyba tak. Gdzie pani Marx?
Wzruszył ramionami przyglądając mi się bardzo... wnikliwie.
 -Chyba poszła napisać raport albo coś z twojego wypadku.
 -Więc dlaczego ty tu jesteś? -Uniosłam brwi.
 -Bo cię przyniosłem.
 -Och -mruknęłam. -Przepraszam -dodałam po chwili. -Nie chciałam cię zaatakować.
 -W porządku. To tylko atak paniki. Zdarza się.
Atak paniki. Gdybyś wiedział, jak idealnie trafiłeś.
 -Wracamy na lekcję? -spytał i stanął na przeciwko mnie.
 -Okej -mruknęłam cicho.
Otworzył drzwi i przepuścił mnie pierwszą. Nie wiedząc dlaczego szłam blisko niego, a nasze ramiona się o siebie ocierały. Byłam mu ogromnie wdzięczna, że mnie stamtąd zabrał. Dzięki niemu byłam daleko od tamtego zwyrodnialca. Gdybym musiała, to z uśmiechem na ustach skoczyłabym dla Zayna w ogień. I tak, zdaję sobie idealnie sprawę z tego, że moje odczucia są wręcz surrealistyczne. Ale kiedy zerknęłam w jego stronę, w moim mózgu zapaliła się zielona lampka informująca, że on zalicza się do kategorii przyjaciół.
 -Jestem Veronica.
Popatrzył na mnie z cieniem uśmiechu na ustach.
 -Wiem -odparł. -A ja jestem...
 -Zayn -dokończyłam za niego. -Wiem.
 -To formalności mamy za sobą.
 -Chyba tak -przytaknęłam.
Zupełnie specjalnie wlokłam się jak żółw po wylewie, żeby tylko opóźnić moment powrotu do klasy. Mulatowi to chyba nie przeszkadzało, bo nie narzekał na moje powolne tempo.
 -Czy to, co stało się w gabinecie pani Marx może zostać między nami? -spytałam cicho.
 -Tak, pewnie -zgodził się. -Ale to nic wstydliwego, wiesz? Każdy miewa czasami napady paniki.
 -Ale nie każdy podczas nich bije osobę, która chce pomóc -zripostowałam, a Zayn cicho się zaśmiał
 -To prawda. -Pokiwał głową. -Możesz być spokojna, nikomu nie powiem.
Odetchnęłam z ulgą.
Przestałam zupełnie rozumieć, dlaczego ich grupa cieszy się tak złą sławą. Wcześniej nie znałam żadnego z nich, ale najpierw Harry, teraz Zayn... przecież oni są mili.
 -Dzięki. Za wszystko.
 -Nie ma sprawy, Torreto. -Zaśmiał się i znowu otworzył przede mną drzwi, z tym, że tym razem wcale nie chciałam przez nie przechodzić.
Kiedy znaleźliśmy się w klasie, uczniowie zwrócili ku nam swoją uwagę, co jest dość oczywiste. Omal się nie skuliłam pod spojrzeniem diabelskich oczu Noela Khana.
 -Czuje się już pani lepiej, panno... -zawiesił głos, udając, że nie ma pojęcia kim jestem.
Co. Za. Łajdak.
 -Toretto -uzupełniłam. -Niestety, nadal mi niedobrze -rzuciłam mu wyzywające spojrzenie.
Okazywanie strachu to fatalne posunięcie. Nie zamierzam dać mu tej satysfakcji. Wolę obrazować się na odważną. I wściekłą.
Kiedy szliśmy do ławek uśmiechnęłam się do Zayna i skinęłam mu głową w niemym podziękowaniu.
 -To było straszne! -Pierwsze słowa, które wyszły z ust Zoey po opuszczeniu pracowni historycznej jakoś specjalnie mnie nie zaskoczyły.
 -Straszne to za mało powiedziane! -Jak zwykle siostry Nelson muszą się przekomarzać, choć i tak mają to samo zdanie.
 -Tylko zemdlałam -próbowałam je zbyć udając, że gorąco szukam czegoś w swojej szafce.
 -Tylko? Uderzyłaś głową o ławkę! -krzyknęła Vic.
 -I byłaś blada jak trup. Wiesz jak to wyglądało w połączeniu z krwią?
 -Zakładam, że źle. -Wywróciłam oczami.
Nie chciałam o tym gadać.
 -Dajmy już temu spokój -poprosiłam, nim posypały się kolejne pytania i opisy tego jakże nieszczęsnego zdarzenia. -Ludzie mdleją codziennie, a ja przesadziłam wczoraj z treningiem.
 -Powinnaś coś zjeść -zauważyła Zo z troską.
 -Zdecydowanie popieram -dodała Vic.
 -Chodźmy w takim razie na stołówkę. Szkoda by było przegapić ten pyszny szkolny obiad! -zawołałam ironicznie, udając entuzjazm. Śmiejąc się ruszyłyśmy przez korytarz.
Kiedy zajęcia dobiegły końca, byłam prawie w stu procentach wyluzowana. Przekonywałam samą siebie, że fakt, iż Khan zaczął uczyć właśnie tutaj, nic nie musi znaczyć. Może rzeczywiście mnie nie poznał, w końcu minął duży kawał czasu, a ja bardzo się zmieniłam. Mówiąc bardzo mam tu na myśli metamorfozę począwszy od zmiany fryzury, aż do zmiany charakteru. A nawet jeśli wie kim jestem, to niczego to nie zmienia. Przecież nie będę na tyle głupia, aby zostawać z nim sam na sam.
Szłam przez parking podziwiając piękne auta bogatych dzieciaków. Ile ja bym dała za taki wypasiony samochód... lub jakikolwiek inny. Chyba zacznę odkładać pieniądze.
 -Potrzebujesz podwózki? -Usłyszałam za sobą.
Odwróciłam się i zobaczyłam Zayna.
 -Mam na to wsiąść? -Wskazałam palcem motor, na którym siedział. -W skali od jednego do dwunastu jakie jest prawdopodobieństwo wypadku? -spytałam siląc się na profesorski ton.
 -Dwanaście -odparł pewnie.
 -Wspaniale -podeszłam do niego i odebrałam kask z jego rąk.
 -A tak właściwie, to czemu w skali od jednego do dwunastu?
 -Skąd mam wiedzieć? Mówię pierwsze, co przyjdzie mi do głowy. Ciesz się, że nie użyłam pierwiastków. -Posłałam mu uśmiech.
 -Chyba jesteś trudną osobą -zauważył.
 -Trochę -przyznałam. -Czy jeśli podam ci mój adres, to nie włamiesz się w nocy i nie powiesisz mnie na wiatraku, który mam na suficie? -Przekrzywiłam głowę. -Bo jeśli tak, to możesz mnie wysadzić dwie przecznice od mojego domu.
Chłopak pokręcił głową i zaczął się śmiać. Podałam mu adres i zajęłam miejsce za jego plecami. Boże, chyba zamiast na samochód zacznę odkładać na motor. Jeździ się zajebiście!
Podróż zajęła tylko kilka minut, więc gdy Zayn zaparkował pod moim domem byłam zawiedziona.
Po raz milionowy włączył mi się syndrom dziecka i zaczęłam marudzić.
 -Specjalnie wybrałeś najkrótszą drogę, nie dałeś mi się nacieszyć -obwieściłam naburmuszona i klasycznie założyłam ręce na piersi. Gdybyście tylko widzieli jego minę.
 -W takim razie, dziecino, co powiesz na to, abym nauczył cię jeździć?
Wyobraźcie sobie moją minę, gdy powiedział dziecino.
 -Cóż, pozwolę ci dostąpić tego zaszczytu, ale błagam, nie mów tak więcej -odparłam dramatycznym głosem.
 -Stoi.
Zayn odpalił motor, a ja pomachałam mu, gdy odjeżdżał.
Przekręciłam klucz w drzwiach i weszłam do środka. W przedpokoju zauważyłam dwie torby podróżne.
To znaczy, że wrócili.
A tak fajnie mieszkało mi się samej.
 -Cześć, Ronnie -przywitała mnie mama.
 -Nie nazywaj mnie tak -burknęłam wchodząc do kuchni.
Poszła za mną.
 -Musisz być taka? Przed chwilą wróciłam i nie zdążyłam powiedzieć niczego, co mogłoby cię zdenerwować, a ty jesteś na mnie zła -odpowiedziała z wyrzutem.
 -Nie jestem zła. -Posłałam jej najsztuczniejszy uśmiech na jaki było mnie stać, a ona prychnęła.
Grzebałam w szafce w poszukiwaniu kawy, ale jej nie było.
 -Keith zaparzył sobie resztki -poinformowała mnie, doskonale wiedząc, czego szukam.
 -Przecież to było moje -naburmuszyłam się. -Mówiłam wam, że macie nie ruszać mojej kawy.
 -Spuść z tonu, Veronica. -Oparła ręce na biodrach i przybrała groźną minę.
Jakby mnie to ruszało.
 -Co ci się stało w czoło? -Zmarszczyła brwi przyglądając mi się.
 -Uderzyłam się. I nie udawaj, że cię to obchodzi -rzuciłam lekceważąco. -Dlaczego wziął coś, co należało do mnie? -Dalej drążyłam temat.
 -Dopiero, co wróciliśmy, Keith prowadził całą drogę i skoro miał ochotę na cholerną kawę, to mógł ją sobie wypić -dokończyła wzdychając zniecierpliwiona.
Czyżbym ją zdenerwowała? Ups.
 -Och, skoro Keith miał na coś ochotę -zaczęłam ją przedrzeźniać.
 -O co ci chodzi? -przerwała mi.
 -Nieważne, zapomnij. Powinnaś się martwić swoim mężem -rzuciłam i ruszyłam do drzwi frontowych.
 -Gdzie myślisz, że się wybierasz? -zaczęła za mną leźć.
 -Po kawę, którą ktoś miał czelność mi wypić -warknęłam. -A nie, chwila, skoro chciał to mógł. Wybacz, że zdążyłam zapomnieć jak to działa w tym domu. -Trzasnęłam drzwiami i z ulgą opuściłam to przeklęte miejsce.
Okej, może kawa to słaby powód do kłótni i mama miała rację, gdy mówiła, że niczym nie zawiniła, ale to całe napięcie po spotkaniu z Khanem... Sądziłam, że wyluzowałam, ale tak naprawdę tylko stłumiłam uczucia. A kiedy nazwała mnie Ronnie, szlag mnie trafił. Tylko tata mógł tak do mnie mówić. I mówił, dopóki go nie zdradziła i nie odeszła do tego faceta.
Ochłoń Toretto, ochłoń.
Ruszyłam się z miejsca i zaczęłam iść w stronę centrum. Może kogoś spotkam albo coś.
Kilkanaście minut później byłam już w kawiarni, w której pracuje Gemma. Zamówiłam i usiadłam przy stoliku obok okna.
 -Cześć, Gemma. -Uśmiechnęłam się i z nieukrywaną wdzięcznością przyjęłam kubek po brzegi wypełniony moim ulubionym napojem.
 -Hej, Veronica -odparła. -Jak tam?
 -Bywało lepiej. -Wzruszyłam ramionami.
 -Co się stało?
 -Pokłóciłam się z mamą. -Westchnęłam.
 -Och, nie zazdroszczę. Zraniłaś się? -Wskazała na plaster na moim czole.
 -Uderzyłam się o ławkę. Nic wielkiego -zapewniłam. -A co u ciebie?
 -Mój brat to zaborczy dupek, nic poza tym. -Zrobiła kwaśną minę i usiadła na przeciwko mnie.
Lokal był prawie pusty, więc mogła sobie na to pozwolić.
 -Opowiadaj -zachęciłam.
 -Kiedy tu nie ma nic do opowiadania. Nie lubi mojego chłopaka i zabrania mi się z nim spotykać -skrzywiła się. -Jakby miał do tego prawo! -dodała oburzona po chwili.
Już miałam coś powiedzieć, kiedy za oknem rozległy się krzyki.
Harry właśnie bił jakiegoś chłopaka. Tak, mówię, że on go bił, a nie, że się bili. Po minie Gemmy mogłam wywnioskować, kto jest tym biedakiem. Jak najszybciej podniosłam się z krzesła i wybiegłam przed kawiarnię. Obserwatorów przybywało z każdą sekundą, ale żaden nie garnął się, aby odciągnąć Stylesa od tego chłopaka. No cóż, skoro nikt w towarzystwie nie ma jaj, to chyba ja muszę coś zrobić.
 -Harry, zostaw go! -dziewczyna zaczęła krzyczeć. -Proszę, puść go!
Nie posłuchał. Co za niespodzianka. Przecisnęłam się przez tłum i wreszcie do nich dotarłam. Złapałam Stylesa za ramię i szarpnęłam z całej siły. Nie był na to przygotowany, więc korzystając z okazji wepchnęłam się między niego, a jego ofiarę.
 -Ty? -zmarszczył brwi. -Odsuń się, to nie twoja sprawa.
 -A będzie moja, jak dam ci w twarz? -zapytałam wyzywająco.
Wywrócił oczami, ale chyba zdecydował ustąpić.
 -Z tobą jeszcze nie skończyłem. -Wskazał palcem na chłopaka swojej siostry.
Gemma podbiegła do niego i pomogła mu wstać.
 -Jesteś okropny, Harry! -krzyknęła.
 -Pieprzę to -warknął.
Przeniósł wzrok na mnie.
 -Przerwałaś mi zabawę, więc idziesz ze mną.
Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć albo chociaż się odsunąć, złapał mnie za rękę i zaczął ciągnąć w stronę swojego wozu.
 -Harry, puść ją! -zawołała za nami jego siostra.
 -No na pewno -odparł ironiczne.
Nawet mu się nie wyrywałam, w sumie po co. Jeśli mam być szczera, to chciałam z nim iść. Byłam ciekawa, co zamierza.
 -Ej, koleś! -krzyknął jakiś facet. -Nie wiem za kogo się uważasz, ale lepiej dla ciebie, żebyś ją puścił.
 -A jak nie, to co? -Zaśmiał się. -Przeszkodzisz mi?
Aby uniknąć kolejnej burdy, zabrałam głos:
 -Nagle wszyscy odważni -wywróciłam oczami. -Ale gdy go bił, to nie było chętnych do pomocy. Proponuję wezwać karetkę i się rozejść, nic tu po gapiach.
Wyrwałam rękę z uścisku Harrego i wsiadłam do jego wozu. Znowu usłyszałam jego kpiarski śmiech, a chwilę później siedział już w aucie na miejscu kierowcy i odpalał silnik.
 -Gdzie jedziemy? -zapytałam, niby to od niechcenia
 -Chcę ci coś pokazać -Uśmiechnął się tajemniczo.
 -Co takiego?
 -Prawdziwy boks -oznajmił.

niedziela, 13 lipca 2014

Chapter 2

Pik, pik, pik.
Mruknęłam niewyraźnie w poduszkę.
Pik, pik, pik. 
Zatrzepotałam rzęsami i uchyliłam powieki.
Pik, pik, pik.
Porządnie się wkurzyłam i zrzuciłam budzik z szafki nocnej.
Zamrugałam kilkakrotnie po czym wychyliłam się, aby zerknąć na irytujący przedmiot, który nadal był cały. A szkoda. Okazało się, że jest pąta. Otworzyłam usta ze zdziwienia. Spałam godzinę dłużej niż zwykle i... nic mi się nie śniło. To żart?... Na wszelki wypadek zawsze ustawiałam budzik, ale zazwyczaj z niego nie korzystałam...
Nie zastanawiając się dłużej, wstałam pospiesznie i założyłam ciuchy do biegania. Kilka minut później przemierzałam już drogi miasteczka doskonale zdając sobie sprawę z tego, że dziś muszę biec szybciej. Byłam o trzydzieści minut w plecy.
Kiedy kilka godzin później weszłam na teren szkoły byłam totalnie zamyślona. Znalazłam się w innym świecie. Mijając ludzi odpowiadałam na powitania tym, którzy zdecydowali się zwrócić na mnie uwagę. Będąc już prawie przy drzwiach wejściowych zauważyłam samochód. Nie byle jaki. To był samochód Stylesa. Właściciel opierał się o jego maskę, a wokół niego zgromadzili się już jego znajomi. Jednak zielonooki wpatrywał się w moją postać, kompletnie ignorując towarzystwo. Różnica była taka, że dziś skinął do mnie głową, jak gdyby mówił cześć. Zmarszczyłam brwi i powtórzyłam jego ruch. Potem zniknęłam we wnętrzu budynku chroniąc się przez przenikliwym spojrzeniem bruneta.
Zastanawiacie się, kim tak naprawdę jest Harry Styles? Hm, powiedziałabym wam, gdybym wiedziała. Na temat jego samego i grupki, z którą trzyma, krąży wiele plotek. Jedni sądzą, że to gangsterzy. Inni, że dilerzy. Trzeci mówią coś o nielegalnych walkach. Jest w czym wybierać. W każdym razie muszę przyznać, że ci chłopcy nie należą do najgrzeczniejszych. Nawet na takich nie wyglądają, co można by stwierdzić już na pierwszy rzut oka patrząc na tatuaże pokrywające ich ciała. Harry ma ich wyjątkowo dużo. Jednakże jak to mamusia mówi nie oceniaj książki po okładce. Tak naprawdę więc nie mam pojęcia, co oni muszą robić, żeby mieć taką reputację, ale jestem pewna, że mają co nieco za uszami.

 -Słyszałaś już? -zagadnęła Vicky, kiedy weszłam do szatni od w-f.
 -O czym? -Stanęłam obok niej i przeciągnęłam bluzkę przez głowę, którą po chwili zastąpiłam za dużą koszulką.
 -Hankins odchodzi -pisnęła zadowolona.
Aż znieruchomiałam z wrażenia!
 -Ale jak to? -Podekscytowanie z powodu wspaniałej wiadomości zdążyło już na mnie przejść.
 -Podobno teraz będzie wykładać na jakimś uniwerku -odpowiedziała. -I chodzą słuchy, że nowy nauczyciel jest zajebisty!
 -Skąd ktoś może to wiedzieć? -zapytałam sceptycznie.
 -Ponieważ zaczął już dziś. A to znaczy, że poznamy go na następnej lekcji!
Wychowanie fizyczne to niesamowity przedmiot. Serio. Czy na świecie istnieje coś lepszego od pozbawionej konsekwencji możliwości rąbnięcia kogoś piłką, przewrócenia lub kopnięcia? I to w dodatku w szkole? Oczywiście, że nie ma. Nie to, żebym miała na celowniku jakąś konkretną osobę. Tak tylko zaznaczam.
 -Dzisiaj siatka! -zakrzyknął nauczyciel. -Ustawcie się w szeregu.
Posłusznie spełniliśmy polecenie, zajmując odpowiednie miejsca. Okazało się, że będziemy ćwiczyć z równoległą klasą, co spowodowało nadąsaną minę Zoey. W tamtej grupie jest dziewczyna, która miesiąc temu odbiła jej chłopaka. Paskudna sprawa.
 -Może mogłabyś ją przypadkowo uszkodzić? -szepnęła moja przyjaciółka, akcentując przedostatnie słowo.
 -Zgoda -odszepnęłam. -Ale nie zamierzam użyć całej siły -zastrzegłam. -Nie chcę zrobić jej krzywdy.
Blondynka zmarszczyła brwi w geście niezadowolenia, jednak po chwili pokiwała głową w zrozumieniu. W końcu to nie ja mam zatargi z Alice, tylko ona. Ja tylko wyświadczam drobną przysługę.
 -Okej, wybierają Styles i Brook -zarządził McAdams, na co obaj wyszli z rzędu i stanęli na przeciwko nas. -Harry, ty pierwszy -dodał wuefista.
Styles zaczął się rozglądać za kandydatem na członka jego drużyny, a mi zachciało się rzygać, gdy zobaczyłam prężące się do niego laski. To żałosne. Gdyby mogły, pokazałyby mu tu i teraz cycki albo i... Zaraz, moment. Co mnie to obchodzi? Niech się wdzięczą do kogo chcą, nie mój interes. Przecież ja go prawie nie znam...
 -Toretto. -Jego ochrypły głos przerwał moje rozmyślania.
Phi, niech sobie bierze tę lafiryndę, wcale mnie to... Mentalnie palnęłam się w czoło, gdy dotarło do mnie, że wypowiedział moje nazwisko.
Ruszyłam się z miejsca i stanęłam u jego boku. Nie tylko ja byłam zaskoczona. Ale w przeciwieństwie do mnie kilka osób, konkretnie to płci żeńskiej, sprawiało wrażenie niezadowolonych. Wyobraźcie sobie moje skonsternowanie, gdy podczas wyboru Geynseya Brooka, Styles pochylił się nade mną i mruknął:
 -Liczę na to, że pomożesz mi skopać im tyłki, tak jak wczoraj skopałaś mój.
 Podniosłam wzrok i nie mogłam powstrzymać się od uśmiechu, co nie uszło uwadze moim przyjaciółkom, które perfidnie się na nas gapiły. Niechętnie powstrzymałam się od zachowania jak dzieciak i pokazania im języka.
 -Nie zrobiłam tego -odparłam zgodnie z prawdą. -To ja mam siniaka na nodze.
 -Zayn -powiedział Harry, gdy ponownie nadeszła jego kolej. -A ja na ramieniu -dodał ciszej.
Wywróciłam oczami. Teraz chciał się targować? Nie kręci mnie porażka, ale wczoraj to jemu poszło zdecydowanie lepiej. Mało komu udaje się zmusić mnie do obrony na tak długo.
Kiedy już drużyny były podzielone zajęliśmy odpowiednie miejsca. Stałam przy siatce, a Styles zaraz za mną. Zaczynała przeciwna drużyna. Jakiś chłopak podrzucił lekko piłkę i odbił. Uderzenie nie było zbyt mocne, ale jednak na tyle, by piłka mogła przelecieć przez siatkę... i wpaść prosto w moje ręce. Wybiłam ją w górę, a Harry wykonał wręcz idealną ścinę. Użył tyle siły, że po zderzeniu z ziemią omal nie wróciła na naszą część boiska. Podczas odbicia brunet podskoczył i wykonał spory zamach, dlatego też gdy wrócił na parkiet wpadł na mnie i gdyby nie złapał mnie w talii, zaliczyłabym glebę. Złapałam równowagę i zerknęłam na niego.
 -Dzięki -mruknęłam wyswobadzając się  z uścisku.
 -Polecam się na przyszłość. -Mrugnął.
Zmarszczyłam brwi, przypominając sobie o czymś.
 -Mogę następnym razem ja przebić przez siatkę? -zapytałam.
Chłopak przekręcił głowę na bok, wyraźnie zaskoczony. Nie dziwię się, no bo w sumie kto normalny prosi o coś takiego? Z wyjątkiem dziecka, które chce się popisać, rzecz jasna.
 -Spoko -odparł, za co byłam wdzięczna.
A więc czas zemsty w stylu Zoey Nelson, proszę państwa.
Ktoś od nas zaserwował, piłka poleciała na przeciwną stronę boiska. Geynsey Brook spróbował ściąć, jednak ja rzuciłam się na podłogę i udało mi się wybić piłkę. Poleciała w kierunku Stylesa. On podał ją mnie.
Chyba wszyscy wiemy, co się potem stało. Zamachnęłam się, uderzyłam słysząc plask i... kilka sekund później Alice leżała na podłodze. Trafiłam w twarz. Rozległ się śmiech, a ja przybrałam skruszoną minę. Najgłośniej śmiała się Zoey. Wprawdzie zrobiło mi się głupio, więc przeszłam pod siatką i podałam dziewczynie rękę przepraszając ją. Moja przyjaciółka patrząc na moje poczynania westchnęła. Resztę meczu grałam czysto. Wygraliśmy.
Zbiórka dobiegła końca, więc wreszcie mogliśmy opuścić salę i iść pod prysznice. Zaczęłam podążać w stronę drzwi próbując wypatrzyć Zo albo Vicky, kiedy ktoś chwycił mnie za nadgarstek. Opanowałam odruch, którym był cios w szczękę i odwróciłam się.
 -Zrobiłaś to specjalnie, prawda? -zapytał.
 -Przeprosiłam -wymamrotałam, czując wzrastające poczucie winy.
 -Czym zawiniła? -Zaśmiał się.
Dlaczego nadal trzymał moją rękę?
 -Mi niczym -przyznałam.
 -Więc komu?
 -Przyjaciółce -odparłam i zabrałam dłoń. -Poza tym naprawdę zrobiło mi się głupio -zaczęłam się tłumaczyć. Jakby to miało sprawić, że poczuję się lepiej.
 -Masz dobrego cela -podsumował powstrzymując się od śmiechu i odszedł.
Cholerny Styles.

 -Nie mogę się doczekać tego nowego historyka! -Usłyszałam podekscytowaną Vic, która mówiła w otoczeniu siostry i znajomych.
Podeszłam do nich i oparłam się o Zoey.
 -Wybacz mi moje miękkie serce -szepnęłam jej do ucha robiąc minę zbitego psa.
O dziwo nie musiałam jej długo przekonywać, ponieważ od razu się do mnie uśmiechnęła i cmoknęła w policzek na znak, że nie ma mi za złe.
 -Słyszałam, że jest młody -oznajmiła Shay, ciemnoskóra cheerleaderka.
 -I zajebiście przystojny! -dodała jeszcze Vic.
 -Hej, ja tu jestem i wszystko słyszę -mruknął obrażony Maks, czym wywołał falę rozbawienia.
 -Oj nie gniewaj się, skarbie. Przecież to tylko belfer. I tak pewnie przesadzają z jego wyglądem. -Blondynka pochyliła się i pocałowała swojego chłopaka.
Kraina słodyczy wzywa, a jednorożce wyrzucają tyłkiem tęcze.
Może i przesadzam, ale patrząc na te wszystkie pary, denerwuje mnie to, że ja nigdy czegoś takiego nie miałam. I nie będziesz mieć -dodał głos w mojej głowie. Do cholery, ja się przecież nawet nie całowałam! Na pewno nie z własnej woli...
Zacisnęłam zęby i odsunęłam się od przyjaciółki, aby nikt nic nie zauważył. Odwróciłam się w stronę drzwi, żeby zamaskować ból idealnie widoczny na mojej twarzy. To nie sprawiedliwe -przeszło mi przez myśl.
I wtedy wszedł do klasy. Dziewczyny od razu wydały z siebie dźwięki zachwytu. A ja stanęłam jak wryta. Moje ciało odmówiło posłuszeństwa.
Mieli rację. Był przystojny. I młody. Miał dokładnie dwadzieścia pięć lat. Prawie się nie zmienił. Jego włosy nadal były zbyt długie, a ubrania starannie wyprane i wyprasowane. Zapewne jego żona cały czas o niego dba...
To był On.
Sekundę później poczułam jak upadam. Ostatnie, co pamiętam to ból głowy, jakbym się o coś uderzyła.

czwartek, 10 lipca 2014

Chapter 1

 -Halo? -mruknęłam do telefonu, odstawiając kubek po kawie do zlewu.
 -Wybacz, że zawracam ci gitarę tak rano, ale mam pewną sprawę -odezwała się Zoey, choć w jej głosie zamiast skruchy bardziej było słychać podekscytowanie.
 -Wal.
 -W fitness klubie moich rodziców brakuje trenerki.
 -I co w związku z tym? -Mój ton dawał do zrozumienia, że nie mam zielonego pojęcia, o co może chodzić.
 -Jak to co? Załatwiłam ci robotę, pindo! -obwieściła dumnym głosem.
Oł. To takie buty!
 -Jak to? Sądziłam, że zatrudniają tylko profesjonalistów -powiedziałam skonsternowana i zmarszczyłam brwi. -Jeśli to wkręta, skopię ci tyłek, Zo -zagroziłam.
 -To żadna wkręta, mówię serio. Anastasia zaszła w ciąże i musiała zrezygnować ze względu na swój stan.
 -Fuj. Biedna kobieta. -Skrzywiłam się, myśląc o małym czymś w jej brzuchu, które potem przeobrazi się w dziecko, które potem będzie wychodzić z niej przez... -Fuj! -powtórzyłam kręcąc głową z niesmakiem. Wyszłam z kuchni, kierując się do sypialni rodziców z zamiarem przywłaszczenia sobie nowej koszuli mamy.
 -Skup się, Vero. To nie o ciąże się tu rozchodzi, tylko o twoją pracę -skarciła mnie. -Ojciec powiedział, że jeśli się zgadzasz, możesz zacząć dzisiaj o ósmej wieczorem.
 -Sama nie wiem, Zoey... -zaczęłam niepewna, wyrzucając na podłogę kolejne ubrania. Szlag by to trafił, gdzie ona znowu posiała tę koszulę! -Doskonale wiesz, że moja wiedza o jakimś pilatesie czy innych bzdurach jest zerowa, a co dopiero...
 -A kto tu mówi o pilatesie? -przerwała mi, śmiejąc się.
 -Przecież Anastasia uczyła tego czegoś -żachnęłam się. Jest! Znalazłam! Uśmiechnęłam się sama do siebie i zaczęłam chować resztę rzeczy z powrotem do szafy.
 -To Kristin, bezmózgowcu -odparowała. -An uczyła samoobrony. No a kto jak kto, ale ty masz to w małym paluszku, kochana. To jak, zgadzasz się? 300 funtów tygodniowo -zaczęła kusić.
 -Hm... -zaczęłam teatralnie, chociaż obie dobrze wiedziałyśmy, że już mnie kupiła. Nauka samoobrony? To coś idealnie dla mnie, biorąc pod uwagę fakt, że od trzech lat trenuję boks i też zaczynałam właśnie od samoobrony. -Zgoda.
 -Taak! Wiedziałam! -krzyknęła na tyle głośno, że musiałam odsunąć telefon od ucha. -Przyniosę do szkoły twój grafik. A, no i jestem twoją nową uczennicą, bejbe.
 -Ty? -Zachichotałam.
 -Tak, ja! Przecież muszę sama się czasem bronić, nie będziesz zawsze moim ochroniarzem.
 -Okej, do zobaczenia. -Westchnęłam.
 -Pa. -Usłyszałam jej cmoknięcie, a zaraz potem pikanie oznaczające zakończone połączenie.
Rzuciłam telefon  na łóżko i poszłam do łazienki się przygotować. Zimny prysznic to raj dla moich wycieńczonych mięśni po porannym joggingu. Następnym razem muszę zwiększyć dystans, bo dziś skończyłam zdecydowanie zbyt szybko. Hm, może powinnam namówić Zoey na wspólne bieganie...
 Myśli w mojej głowie krążyły wokół tematu nowej pracy i przyjaciółki dotąd, aż moja kąpiel dobiegła końca. Szybko się osuszyłam i ubrałam. Spojrzałam na moje odbicie w lustrze, a nienaturalna bladość skóry i wory pod oczami przykuły moją uwagę. Znowu nie mogłam spać. Głównie dlatego zaczynam biegać o czwartej trzydzieści rano, a nie na przykład wieczorem lub popołudniu. Wyciągnęłam rękę po korektor i zakryłam sińce. Dodałam róż na policzki, ale zbyt kontrastował z kolorem twarzy, przez co wyglądałam jak trup. Westchnęłam i zamieniłam róż na ciemniejszy puder i maskarę do rzęs. No... może być. Pokręciłam głową z niesmakiem i wyszłam z pomieszczenia trzaskając drzwiami, na co mogłam sobie pozwolić, gdyż rodzice wracają dopiero jutro w południe z odwiedzin u jakiejś tam ciotki. Zeszłam na dół i wyszłam z domu, przekręcając zamek w drzwiach. Zmrużyłam oczy i założyłam okulary przeciwsłoneczne. Cholerne słońce. Pół godziny później dotarłam pod budynek szkoły. Pod klasą spotkałam Zo, która dała mi grafik. Okazuje się, że moi uczniowie są podzieleni na dwie grupy. Jedna będzie ćwiczyć dwa razy w tygodniu, a druga trzy, czyli wychodzi na to, że weekend mam wolny. W poniedziałek, środę i czwartek zaczynam o dziewiętnastej, a wtorek i piątek godzinę później. Do tego mam darmowy wstęp na siłownie i inne zajęcia przez cały okres pracy. Zajebiście.
 -I jak? Zadowolona? -szepnęła moja blond przyjaciółka i poruszyła zabawnie brwiami.
 -No wiesz... przydałaby mi się jeszcze asystentka i szofer. -Zachichotałam, na co dziewczyna mi zawtórowała.
 -Toretto, Nelson -rozbrzmiał gniewny głos faceta od historii. -Może podzielicie się z klasą tym, co tak was bawi? -zapytał ironicznie.
Przewróciłam oczami, a Zoey skrzyżowała ręce na piersi.
 -Och, czyli jednak nie macie do powiedzenia nic ciekawego.
 -Przeciwnie -powiedziałam, nim zdążyłam się powstrzymać. Oczy klasy zwróciły się ku mnie. Ugh, nie mogę się teraz wycofać. -Mam do powiedzenia bardzo dużo. -Uśmiechnęłam się sarkastycznie.
 -Więc proszę, opowiedz nam o Sparcie, według starożytnej tradycji -odparł tryumfalnie, a ja zmarszczyłam brwi, szukając w głowie odpowiedzi. -Uczniowie wstają, gdy nauczyciel zadaje pytanie. -Po raz kolejny przewróciłam oczami i spełniłam polecenie wrednego belfra.
 -Według starożytnej tradycji Sparta istniała już w epoce mykeńskiej; jednym z jej władców miał być Menelaos. Pozostałości miasta z tego okresu nie zostały jednak dotąd odnalezione -wyrecytowałam. Szach, mat, skurwielu.
Nie myślcie o mnie źle. Wiem, że twierdzę, iż zmieniłam się z pustej nastolatki na kogoś lepszego, a teraz nazywam nauczyciela skurwielem (w myślach oczywiście), jednak gdybyście znali go osobiście... przyznalibyście mi racje. Zwłaszcza, jeżeli uwziął się na siostrę waszej przyjaciółki i brał ją do odpowiedzi na KAŻDEJ lekcji.
Hanksowi zrzedła mina po mojej odpowiedzi, jednak znałam go zbyt dobrze i wiedziałam, że nie podda się tak łatwo.
 -Może coś więcej, panno Toretto. Pani odpowiedź jest zbyt ogólnikowa.
 -Cóż... -zamyśliłam się w poszukiwaniu odpowiedzi w głowie. No, dalej! Przecież się tego uczyłaś, głąbie! -Początki Sparty ustala się na XII-XI wiek p.n.e., kiedy Dorowie zaczęli się osiedlać w Lakonii -przerwałam, próbując wydobyć z siebie więcej. -Za twórcę Sparty jako bytu politycznego uważa się prawodawcę Likurga. Nie wiadomo, czy jest on postacią historyczną, bowiem już w czasach starożytnych uchodził za postać niemal mityczną. -Wyszczerzyłam się, zadowolona z siebie.
 -Niech będzie, Toretto, aczkolwiek nie myśl sobie, że następnym razem uratują cię tak podstawowe informacje -rzucił ponuro. -Siadaj.
 -I kto tu rządzi? -mruknęła rozbawiona Zo.
 -Przecież to nie były podstawowe informacje -rzucił Dean, chłopak należący do popularsów.
 -Mówił pan coś, panie Croud? -Hankins przerwał pisanie dat na tablicy i odwrócił się w stronę klasy.
Zdziwieni, że ktoś taki mnie broni? Też bym była, lecz przywykłam, że ci ludzie z jakiegoś wyimaginowanego powodu mnie lubią, mimo, że przeprowadziłam z nimi tylko kilka niezobowiązujących rozmów. Jak mówiłam -nie jestem duszą towarzystwa.
Uczniowie szczęśliwi z kontynuacji widowiska, które zajęło już kilka minut lekcji, zaczęli szeptać między sobą i chichotać.
 -Owszem. Mówiłem, że informacje o tej całej Sparcie, które udzieliła Veronica wcale nie są podstawowe. Przynajmniej tak mówi podręcznik. -Teraz to Dean uśmiechnął się z triumfem na twarzy.
Czy mi się wydaje, czy Fred Hankins, najwredniejszy na świecie nauczyciel historii właśnie spalił buraka? No nieźle.
 -Pakujcie się, zaraz dzwonek. Na pracę domową macie zadanie drugie i trzecie ze strony piętnastej. Na ocenę -powiedział groźnie i usiadł przy biurku wklepując coś w klawiaturę komputera.
Wtórując reszcie wrzuciłam rzeczy do torby i wstałam z krzesła.
 -Zaraz wracam -poinformowałam Zo i ruszyłam na tyły klasy.
 -Czyżbyś przyszła podziękować? -Croud uśmiechnął się przyjaźnie.
 -W zasadzie to tak, chociaż nie musiałeś. -Odwzajemniłam uśmiech. -Dzięki.
 -Nie ma za co.
 -Facet zasłużył -wtrąciła jakaś dziewczyna. Ellie, jeśli dobrze kojarzę. -Myśli, że wszystko mu wolno.
 -Taa, na przykład uwziąć się na Vicky -dodał Maks, który jest jej chłopakiem.
 -Grunt, że dostał nauczkę -podsumowałam. -Jeszcze raz, dzięki.
Odwróciłam się gdy zadzwonił dzwonek i podeszłam do Zo, która z kimś zawzięcie smsowała. Pociągnęłam ją za rękę i wyszłyśmy na korytarz. W drzwiach odwróciłam się jeszcze na chwilę. Miałam rację. Harry Styles nie spuszczał ze mnie wzroku.

Wróciłam do domu tak zmęczona, że nie miałam najmniejszej ochoty już nigdzie wychodzić. Niestety obowiązki to obowiązki. Skoro wzięłam na siebie odpowiedzialność, to muszę się z niej wywiązać.
Zrobiłam sobie obiad i zjadłam oglądając telewizje. Akurat leciał jeden z moich ulubionych seriali, czyli "Więzy krwi". Przesiedziałam na kanapie nic nie robiąc jakieś dwie godziny. Z niechęcią zabrałam się za lekcje i naukę do jutrzejszej kartkówki z matmy. Jak ja nienawidzę geometrii. Około siódmej spakowałam potrzebne rzeczy i wyszłam z domu. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że mam jeszcze godzinę, ale miałam ochotę na mocną kawę, której nie będę musiała sama przygotowywać. Tak, wiem, że o tej godzinie zwykle nie pija się kawy, ale gdybyście i wy poszli spać około pierwszej w nocy a o czwartej byli już na nogach... Zatrzymałam się w małej kawiarence i złożyłam zamówienie. Po kilku minutach podeszła kelnerka, którą okazała się być Gemma Styles.
 -Dzięki -mruknęłam, gdy postawiła przede mną upragniony napój.
 -Och, ile ja bym dała za filiżankę kawy -powiedziała tonem męczennicy i obie się zaśmiałyśmy.
Właśnie o tym mówiłam. Nie znam jej dobrze, prawie wcale. Tak samo jak większości ludzi w tej szkole. Po prostu czasem zdarza mi się z nimi porozmawiać.
 -Ja bym się chyba powiesiła, gdybym musiała podawać ludziom kawę, a sama nie mogła się napić -oparłam żartobliwie.
 -Uwierz, to tortura. Co u ciebie słychać? -zapytała uprzejmie.
 -Nic takiego -wzruszyłam ramionami. -Poza tym, że właśnie dostałam pracę.
 -Poważnie?...
Okazało się, że dobrze zrobiłam wychodząc godzinę wcześniej, gdyż pogawędka z Gemmą zajęła mi sporo czasu. Jejku, ależ z niej gaduła.

-Bardzo dobrze! -pochwaliłam dwunastoosobową grupę kobiet w różnym wieku. -Jestem pod ogromnym wrażeniem -dodałam.

 -A my jesteśmy pod wrażeniem naszej nowej trenerki! -zawołała Vicky, na co rozległy się brawa.
Okazało się, że nie jedna, ale aż dwie panny Nelson zostały moimi uczennicami.
 -Bardzo mi miło. -Uśmiechnęłam się. -Nasze zajęcia już dobiegły końca, ale czy mogłabym prosić, abyście zostały jeszcze na moment? -w odpowiedzi panie pokiwały głowami.
Zastanawiacie się, co zamierzam? Otóż, kiedy dotarłam na miejsce Pan Nelson poprosił, żebym zrobiła krótki wykład na temat przydatności samoobrony. Przez całą godzinę zastanawiałam się, co im powiedzieć. Nadal mam pustkę w głowie.
 -W takim razie, może usiądziemy? -zaproponowałam i zajęłyśmy miejsca na matach. -Zastanawiałyście się kiedyś, w jakich sytuacjach przydadzą się wam te umiejętności? -zaczęłam niepewnie. -Pytanie może z pozoru bezcelowe, ponieważ odpowiedź wydaje się oczywista... Według mnie jednak to ma sens -ciągnęłam, sama nie wiedząc, do czego tak właściwie piję. -Umiejąc się bronic, możemy ochronić się przed kradzieżą, pobiciem lub... lub gwałtem -zająknęłam się. Z całej siły zacisnęłam zęby, żeby pokonać bezsilność, która wstąpiła w moje ciało. -Ale to nie jest takie proste. To, że umiecie kilka chwytów, czy uników wcale nie oznacza, że wybrniecie z takiej sytuacji -powiedziałam zgodnie z prawdą. -Nie mam tu na celu podważyć waszych umiejętności, zupełnie nie o to mi chodzi -dodałam szybko, by nie zrozumiały opacznie moich słów. -Na tej sali jesteście odważne, powalacie się nawzajem na podłogę, wygrywacie. Ale jeżeli naprawdę spotka was sytuacja, w której będziecie musiały użyć tego, czego się teraz uczycie... -Wzięłam głęboki oddech. -To zupełnie co innego. Wtedy przerażenie rozleje się po waszym organizmie niczym lodowata woda. Nie będziecie w stanie się poruszyć. Początkowy szok szybko mija, ale może być już za późno. Wasza torebka może już być wam zabrana, wasze oko może być już podbite albo... albo gwałciciel zdąży, czy ja wiem, przyłożyć wam do ust szmatkę z jakimś proszkiem, od którego stracicie przytomność lub wciągnąć was do ciemnej alejki bądź samochodu -przerwałam na chwilę, czując zbyt dużo emocji jak na jeden moment. -Jeżeli nie chcecie dopuścić do czegoś takiego, powinnyście też przygotowywać się psychicznie. Mogłybyśmy raz w tygodniu przedłużyć nasze spotkanie o pół godziny, godzinę, żeby zająć się rozmowami na ten temat -zakończyłam, biorąc głęboki oddech.
 -To świetny pomysł! -odezwała się Adele, dwudziestopięcioletnia mama dwójki dzieci. -Moja siostra została kiedyś okradziona i pobita. I chociaż też chodziła na takie kursy, to nie umiała się obronić...
 I tak dalej, i tak dalej... Posypało się mnóstwo opinii, mnóstwo historii i opowieści. Wszystkie zgodziłyśmy się co do jednego -raz w tygodniu po treningu będziemy prowadzić "kurs psychologiczny", jak nazwała to Zoey.
 -Proponuję wam również jogging. Można się naprawdę zrelaksować, plus dobra kondycja przyda się w czasie ucieczki. -Zaśmiałam się razem z moimi uczennicami. -Na dzisiaj to już koniec, do zobaczenia następnym razem!
Kobiety zaczęły zbierać butelki z wodą i kierować się do szatni. Zo i Vic podeszły do mnie z ogromnymi uśmiechami na twarzy.
 -Gratulacje! -rzuciły się na mnie jak na mięso i zaczęły ściskać o wiele mocniej niż odpowiadało to mojej klatce piersiowej.
 -Okej, okej. Wystarczy no... dusicie mnie! -Zachichotały i zabrały ręce.
 -Super się bawiłyśmy, o wiele lepiej, niż z An. Ona była taka nudna i odzywała się tylko, kiedy tłumaczyła jak wykonać jakiś ruch -oznajmiła Vicky.
 -To prawda -zawtórowała jej Zoey.
 -Cieszę się -odparłam sięgając po ręcznik i wycierając pot z czoła.
 -A co do twojej pogadanki, to była taka... przejmująca. Słuchając cię zaczęłam sobie wyobrażać mnie w takiej sytuacji i miałaś absolutną rację. Na pewno nie zaczęłabym walczyć tylko płakałabym i krzyczała.
 -To naturalna reakcja -zapewniłam. -Dlatego tak ważne jest opanowanie i trzeźwość umysłu.
 -Zgadzam się. Wracamy?
Zastanowiłam się przez chwilę.
 -Wy idźcie, ja jeszcze trochę potrenuję, mam nadmiar energii -mruknęłam, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że okłamuję samą siebie. Tak naprawdę oczy same mi się zamykały. Ale jak zawsze robiłam wszystko, żeby opóźnić moment pójścia do łóżka. Wolę faszerować się kawą po dwóch godzinach snu, niż znowu przeżywać ten sam koszmar.
 -Okej, pa. -Obie ucałowały mnie na pożegnanie i wyszły.
Odrzuciłam ręcznik i poszłam do sali bokserskiej. Stanęłam przed workiem treningowym i zaczęłam uderzać. Najpierw podejście, potem prawy sierpowy, lewy prosty, podbródkowy... i tak w kółko i w kółko.
 -Masz całkiem sporo siły, jak na tak małą osobę. -Usłyszałam za plecami, na co podskoczyłam z przerażenia. Powoli się odwróciłam, próbując unormować bicie serca. -Wybacz, nie chciałem cię przestraszyć -dodał tajemniczy głos, a po chwili z mroku wyłoniła się postać, do której należał. Postać Harrego Stylesa.
 -Gdybyś się nie skradał, tobyś mnie nie przestraszył -odparowałam i ponownie odwróciłam się do worka
 -Nie nudzi cię to? -zapytał, gdy zaczęłam uderzać.
 -Na tym polega boks -rzuciłam od niechcenia.
 -Wiem, na czym polega boks -odparł po chwili.-Mam na myśli, że chyba jesteś tu już dość długo, a nawet najbardziej interesujące zajęcie staje się nużące po jakimś czasie.
 -Możliwe.
 -Więc, jak długo tu jesteś? -zadał kolejne pytanie.
 -To zależy.
 -Od czego?
 -Która jest godzina? -odwróciłam się w jego stronę i patrzyłam, jak wyciąga telefon ze sportowej torby, którą trzymał w lewej ręce.
 -Kilka minut po dwudziestej trzeciej.
 -Cholera -mruknęłam. -Przyszłam przed dwudziestą -przyznałam. Niewiarygodne, jak ten czas potrafi zapierdzielać.
 -Zostajesz jeszcze, czy idziesz?
 -Sama nie wiem. Już późno, ale nie chce mi się wracać. -Wzruszyłam ramionami.
 -To może masz ochotę na mały sparing? -zaproponował.
Czy powinnam? W szkole tak dziwnie się na mnie gapił... I to po raz kolejny... A jeśli będzie próbował... Zrobiło mi się niedobrze.
Styles chyba zauważył wyraz mojej twarzy, bo uniósł ręce w geście obronnym i powiedział:
 -Nie zmuszam cię. Jeśli nie chcesz, to okej.
 -Nie o to chodzi... -zamyśliłam się. -Nie jesteś gwałcicielem ani nic z tych rzeczy, no nie? -zapytałam przewiercając go wzrokiem. Na pewno powiedziałby mi, gdyby miał zamiar mnie wykorzystać... taa... Czujecie ten sarkazm?
 -Raczej nie -odparł z uśmiechem.
 -Raczej? -uniosłam brwi.
 -No dobra: na pewno nie -sprostował nadal z uśmiechem na twarzy.
Ech, mogę w sumie zostać. Nie mogę wiecznie żyć w paranoi. To tylko chłopak ze szkoły, opanuj się, Toretto.
 -W porządku -oznajmiłam werdykt. -Tylko się nie popłacz, jak skopię ci tyłek. -Posłałam mu najsłodszy uśmiech na jaki było mnie stać i weszłam na ring w akompaniamencie jego chichotu.
Założyliśmy rękawice i stanęliśmy na przeciwko siebie.
 -Nie waż się dawać mi fory -ostrzegłam.
 -Nie śmiałbym.
Stuknęliśmy się rękawicami i obraliśmy pozycje. Zaatakował pierwszy, ale zrobiłam unik i wycelowałam w jego brzuch. Cwaniak się uchylił. Skakaliśmy tak wokół siebie przez kilka minut, raz po raz wymierzając ciosy, jednak za każdym razem nasze uniki były skuteczniejsze od uderzeń. W końcu Stylesowi się poszczęściło i dostałam w udo. Auć. Cudem zablokowałam następne uderzenie. I następne. Skubany przez jakiś czas zmuszał mnie do obrony i nie pozwolił na atak. W końcu zebrałam się w sobie i po uniku wykonałam prawy sierpowy. Trafiłam. Idąc za ciosem rąbnęłam go w brzuch, a potem w ramię. Mój fart nie był niestety zbyt długotrwały, bo chwilę potem to ja obrywałam.
Nie wiem ile czasu tam spędziliśmy, ale gdy sparing dobiegł końca, byłam wyczerpana. Zdjęłam rękawice i usiadłam ciężko dysząc.
 -Jesteś naprawdę niezła -pochwalił, siadając obok mnie na macie.
 -Ty też -odparłam, biorąc wodę z jego rąk. -Trenujesz?
 -Tak. Właściwie to od dzieciaka..
 -Wow -tylko na tyle było mnie stać.
 -A ty?
 -Tylko trzy lata.
 -To i tak niezły wynik jak na dziewczynę.
 -A to niby czemu? -udałam wzburzenie, a mój towarzysz ledwo opanował śmiech.
 -Dziewczyny, które trenują boks zwykle wyglądają jak koksy albo rezygnują po kilku tygodniach, żeby nie wyglądać jak koksy -wytłumaczył, nieźle mnie rozbawiając.
 -Cóż, w takim razie nie pasuję do żadnego z przypadków.
 -Czy ja wiem... chyba wyglądasz jak koks.
Otworzyłam usta ze zdziwienia, a Styles wybuchnął śmiechem. No wielkie dzięki.
 -Jesteś głupi. -Złapałam za jedną z rękawic i pacnęłam go nią w głowę.
 -A tak na poważnie, to masz racje, nie zaliczasz się do żadnej z kategorii.
 -Cieszę się. -Odgarnęłam z czoła kosmyki włosów, które wysunęły się z kitki i westchnęłam. -Będę się już zbierać -oznajmiłam, po czym zeszłam z ringu.
 -Może cię podwieźć? -spytał, powtarzając moje ruchy.
 -Nie trzeba. Chyba się przebiegnę.
Cóż z tego, że mam torbę pełną rzeczy. Mięśnie trzeba ćwiczyć na każdy sposób! Taa...
 -O tej godzinie? Już prawie północ -zaoponował.
 -To niedaleko... Poza tym, nie chcę robić kłopotu. To cześć.
Poszłam do szatni po rzeczy i wyszłam na zewnątrz. Chłodne, wieczorne powietrze uderzyło w moją twarz, wywołując dreszcze na ciele. Stałam tak przez chwilę, myśląc o tym, co mówiłam podczas wykładu.
To była prawda.
Podstaw samoobrony możesz zacząć się uczyć w wieku trzynastu lat, a dwa lata później pozwolisz strachowi się sparaliżować i nie obronisz się przed gwałtem. Następnego dnia wylądujesz w szpitalu ze złamaną nogą i wstrząsem mózgu. I ciążą. Szpital nie posiadając twoich danych osobowych będzie musiał czekać, aż się obudzisz. Potem już pójdzie jak po maśle... Przypomnisz sobie o zdarzeniach zeszłej nocy, dowiesz się o ciąży... Jednak uda ci się ubłagać lekarza, aby rodzicom powiedział tylko o pobiciu, bo resztę chcesz wyznać sama. Doktorowi zrobi się ciebie żal i się zgodzi. Kilka dni później wrócisz do domu, ale nikomu i tak nic nie powiesz. Miesiąc później stracisz dziecko przez niedożywienie i nadmiar stresu. O tym też nikt się nie dowie. Kilka tygodni później twoi rodzice powiadomią cię o przeprowadzce. W nowym mieście zapiszesz się na boks. Ten sport stanie się twoim życiem, w nim będziesz szukać zapomnienia po tragicznych wydarzeniach. Nie będziesz mogła spać w nocy, dlatego w tak młodym wieku uzależnisz się od kawy i energetyków. Koszmary nocne, które będą nawiedzać cię w te nieliczne godziny snu, na które sobie pozwolisz skutecznie zablokują twój umysł na jakiekolwiek kontakty z chłopakami...
To dlatego opanowanie w takich sytuacjach jest najważniejsze. Jeżeli tego zabraknie, to, cóż, następna kobieta przeżyje to, co ja.
Zamrugałam kilkakrotnie i wytarłam wierzchem dłoni łzy, które nie wiadomo kiedy wydostały się spod moich zdradzieckich powiek. Nie rycz, mięczaku! Już dość płakałaś przez ostatnie lata. Pociągnęłam nosem i westchnęłam, doprowadzając się do porządku. To jest przeszłość.
 -Na pewno nie potrzebujesz podwózki ? -Ni stąd ni zowąd pojawił się czarny, terenowy wóz, a w nim Harry Styles.
-Nie, jest okej. -Uśmiechnęłam się sztucznie. -Ale dzięki. -Pomachałam mu i ruszyłam przed siebie dzikim sprintem.
Gdy dotarłam pod dom, byłam totalnie wyczerpana. Ostatkiem sił wzięłam prysznic i padłam na łóżko jak kłoda.
 To tylko przeszłość. Minęło tyle lat i umiesz z tym żyć. Wiesz, że tak.